2010 OWMTBC Return of the Dragon! Północna Walia 3-5.09.10

Dla mnie tegoroczne OWMTBC zaczęło się już pierwszego września. Szczegółowa kontrola na bramkach przed wejściem na pokład samolotu (łańcuch na nadgarstku ciągle piszczał), spotkanie z organizatorami imprezy - Neilem, Edem i Melvinem -na lotnisku w Liverpoolu, samochodowe zwiedzanie miasta i wreszcie wieczorne, skromne przyjęcie urodzinowe Neila, połączone ze zwiedzaniem jego „rowerowego królestwa”. Wszystko to, z kilkoma toastami włącznie, złożyło się na przednie humory i decyzję o składaniu mojego Scotta ok 2 w nocy.

Na szczęście jak się okazało, gdyż czwartkowy poranek wypełniony był przedzlotową krzątaniną, pakowaniem sprzętu rowerowego, banerów i innych niezbędnych rzeczy do trzech samochodów. Na miejsce imprezy – do miejscowości Betws-y-Coed w Północnej Walii – dojechaliśmy po południu jako jedni z pierwszych Z każdą chwilą na parkingu pojawiało się coraz więcej samochodów, a nad panującą ciszą zaczynał dominować gwar rozmów retro-bikerów

Piątek był już regularnym dniem zlotowym, z ustalonym ramowym planem i pierwszymi konkurencjami. Po śniadaniu organizatorzy dali nam jeszcze odrobinę „luzu” aby każdy miał szansę na ostateczne dopieszczenie swojego sprzętu. Wczesnym popołudniem zaś kolorowy peleton wyruszył na wspólną wycieczkę Jej trasa wiodła częścią znakowanej pętli Marin Trail i miała pokazać nam charakter trasy sobotniego wyścigu XC. Jazda tam była zupełnie inna niż w Polsce – podjazdy wznosiły się dobrymi, szutrowymi drogami pożarowymi, czasem także trafiało się „kilka metrów” asfaltu, natomiast gdy teren wypłaszczał się lub przechodził w zjazd szlak kierowany był w wąskie, jednokierunkowe singletracki. Te z kolei, w większości kamieniste, wiły się między drzewami, opadały serpentynami z ciasnymi nawrotkami, zaskakiwały niespodziewanymi uskokami... Cóż to była za jazda! Wymagająca skupienia, koncentracji, ale jednocześnie dająca masę frajdy i satysfakcji (zwłaszcza na sztywnym widelcu) kiedy popuściło się nieco klamki hamulcowe. Zmagania terenowe zakończyliśmy w miejscowości Lianwrst, skąd asfaltem wróciliśmy do centrum zlotu

Jeoren i Gav na singletracku foto Jonnyboy666

Niedługo później na centralnym, trawiastym placu Betws-y-Coed odbyła się prezentacja sprzętu, podczas której każdy rower poddawany był wnikliwej i surowej ocenie sędziów Poza stanem technicznym, spójnością komponentów z rocznikiem ramy, wagą sprawdzano także strój właściciela czy choćby rocznik powietrza w oponach Równolegle do tych wydarzeń swoją górską historię przedstawiała brytyjska firma Orange W ich namiocie, poza dobrze znanymi Clockworkami, P7 czy O, można było zobaczyć prototypy, które nigdy do produkcji nie weszły a także jedną z pierwszych ram wyprodukowanych i sygnowanych przez Orange.

Pierre na mecie jazdy zręcznościowej na składaku
foto Skolioza

Wieczór wypełniła przygotowana przez Marka Sinetta prezentacja osiągnięć teamów oraz historii marek MS Racing i Alpinestars Poza faktami historycznymi mieliśmy podczas niej okazję podziwiać kolekcję ubrań i kilka pięknie utrzymanych rowerów charakterystycznych dla tych firm Gościem specjalnym wieczoru był światowej klasy zawodnik teamu Alpinestars z początku lat 90 – Tim Davies. Tim skromnie przedstawił swoją karierę po czym do późna odpowiadał na pytania zgromadzonych widzów

Sobotni poranek ponownie zgromadził uczestników zlotu na głównym placu Betws-y-Coed Tym razem mieliśmy za zadanie pokonać na brytyjskim odpowiedniku Wigry-3 wyznaczoną trasę z zadaniami specjalnymi po drodze Tuż po starcie należało pokonać wąską sekwencję wyznaczoną przez rozpięte taśmy Doprowadzała ona do zaimprowizowanego z kubła na śmieci podestu, z którego należało zabrać i poukładać w koszykach składaka jak najwięcej przedmiotów Następnie, po okrążeniu drzewa, mieliśmy do pokonania ciasny slalom zakończony drugim ładowaniem koszyka Stąd do mety było już tylko kilka obrotów korbą – wjeżdżając na nią należało jeszcze poruszyć dzwonek. Startowaliśmy w tej konkurencji parami – pierwsza osoba miała za zadanie zebrać jak najwięcej produktów do koszyka, druga miała jak najwięcej z nich odłożyć na miejsce Trudnością całej konkurencji było to, iż każde podparcie, strącenie pachołka, bądź zerwanie taśmy obostrzone było punktami karnymi. Zawodnicy prezentowali różne koncepcje poradzenia sobie z tym zadaniem – jedni podczas ładowania fantów próbowali technicznej stójki, inni w trakcie jazdy podnosili klapę kosza licząc ze wyrzucone w górę fanty wpadną do koszyków na rowerze... A wszystko to ku uciesze zgromadzonych gapiów

Po zakończeniu konkurencji przenieśliśmy się w okolice Marin Trail. Zmagania w tamtym rejonie zaczynały się od asfaltowej próby podjazdu. Do starcia ze stromym uphillem stawaliśmy dwójkami. Nie istotny był czas przejazdu, a to, komu uda się pokonać dłuższy dystans bez podparcia.
Na końcu asfaltu, gdzie drogę przecinała pętla Marin Trail zlokalizowany był start wyścigu XC. W ostatniej chwili organizatorzy zdecydowali się skrócić trasę wyścigu ujmując nam fantastyczny zjazd, oraz długi, wymagający podjazd Niestety – trasa oznaczona była już wcześniej i część zawodników jadących szybko (w tym – nie chwaląc się – ja) przeoczyło dołożoną w ostatniej chwili małą zieloną strzałkę na drzewie, zlokalizowaną w połowie zjazdu... Jedyne co należało w tej sytuacji uczynić to mocniej nacisnąć na pedały i odrabiać straty
Motywacja do walki była tym większa, że na całej trasie otaczały nas bajeczne krajobrazy Parku Narodowego Snowdonia – górskie jeziora, zielone hale, majaczące w oddali szczyty...
Zawodnicy przykładający nieco mniejszą wagę do ścigania i czasu przejazdu mieli dodatkowo możność spotkania na trasie zawodów Misia, którego sekretna rola miała wyjaśnić się na Gali Finałowej Jako że na całej trasie wyścigu znajdowały się 3 punkty pomiaru czasu sędziowie zadecydowali że pierwsza „ćwiartka” okrążenia, na której wytyczony był skrót, nie będzie brana pod uwagę przy porównaniu czasów przejazdu

Tim na trasie foto Mike Davis

Po zakończonej rywalizacji peleton retrobikerów ponownie przejechał przez miasteczko udając się na zasłużony posiłek i odpoczynek. W tym czasie sędziowie sumowali, podliczali i kalkulowali wyniki wszystkich konkurencji – na wieczór bowiem planowana była Gala Finałowa Kiedy wszyscy zebrali się w „loży mountainbikerów” (tak nazywany był ogromny pokój przekazany przez hotel w którym byliśmy zakwaterowani do dyspozycji organizatorów na rzecz piątkowego i sobotniego spotkania) John, założyciel portalu retrobike.co.uk zaprosił nas do wzięcia udziału w konkursie wiedzy Należało w nim odpowiedzieć na 30 pytań – odpowiednio po 10 z dziedzin sprzęt, zawodnicy/zawody oraz tematyczne media Ilość zdobytych punktów została uwzględniona w wynikach końcowych.

Gav Mistrz Starego Świata
foto MrKawasaki

Po zakończonej rywalizacji peleton retrobikerów ponownie przejechał przez miasteczko udając się na zasłużony posiłek i odpoczynek. W tym czasie sędziowie sumowali, podliczali i kalkulowali wyniki wszystkich konkurencji – na wieczór bowiem planowana była Gala Finałowa
Kiedy wszyscy zebrali się w „loży mountainbikerów” (tak nazywany był ogromny pokój przekazany przez hotel w którym byliśmy zakwaterowani do dyspozycji organizatorów na rzecz piątkowego i sobotniego spotkania) John, założyciel portalu retrobike.co.uk zaprosił nas do wzięcia udziału w konkursie wiedzy Należało w nim odpowiedzieć na 30 pytań – odpowiednio po 10 z dziedzin sprzęt, zawodnicy/zawody oraz tematyczne media Ilość zdobytych punktów została uwzględniona w wynikach końcowych.

Gala podzielona została na trzy części:
– w pierwszej z nich przyznano nagrody specjalne (min. dla Johna z okazji 5 lecia RB.co.uk za wkład w rozwój tego nurtu W tej części osoby, które spotkały na trasie wyścigu przebranego za niedźwiedzia Eda otrzymywały nagrody-upominki, uhonorowany nagrodą pocieszenia został także Steve, który po feralnym upadku podczas wyścigu doznał dyslokacji barku),
- w drugiej nagrody główne, w tym Spirit of the Event dla Tima Daviesa, dosiadającego po raz pierwszy od 18 lat swej zawodniczej TiMegi, Rower Zlotu dla Chrisa, właściciela pięknego Whiskeytown Racer z roku 86, oraz tytuł Mistrza Starego Świata dla Gava (za całokształt) Nagroda Najlepszego Teamu, której w zeszłym roku laureatem był Team Poland nie została przyznana – jak skomentowali to organizatorzy „W tym roku nie stworzyła się grupa wyróżniająca się spośród jednostek, mająca cechę wspólną typu narodowość, markę roweru etc” Szkoda....
- część trzecia to tzw tombola – tutaj szczęście mogło uśmiechnąć się do każdego. Główną nagrodę tej części – ramę Orange P7 wylosował Chris z Francji

Niedzielna wycieczka rozpoczęła się dość późno ze względu na konieczność wymeldowania z hotelu Nie wszyscy wzięli w niej udział – część uczestników zlotu od razu wyruszała w podróż do domów W planie była krótka i łatwa trasa w okolicach miejscowości Penmachno Ostatecznie grupa podzieliła się – większa część poprzestała na spokojnym przejeździe drogami pożarowymi, ja z Melvinem zdecydowaliśmy się na 12 kilometrową pętlę pełną singletracków i ciekawych zjazdów . Po powrocie z wycieczki jako jedni z ostatnich opuściliśmy Betws-y-Coed.
Wieczór w domu naszego gospodarza – Neila upłynął na przygotowywaniu rowerów do przewozu samolotem Wiedzieliśmy bowiem, że zaplanowana na jutro wycieczka do Londynu zajmie nam cały dzień i nie będzie już na to czasu

Wtorek zaś to już tylko powrót do domu – znowu perypetie na lotnisku z piszczącym na bramkach łańcuchem, opóźniony ze względu na strajki we Francji lot...(Pierre nie poleciał tego dnia do domu) Na szczęście Kraków przywitał mnie piękną pogodą – jakże różną od tej w której opuszczałem go tydzień wcześniej

Skolioza

 

Design & Copyright by
All Rights Reserved