18-20.03.2010r Polska Egzotyczna - wzdłuż wschodniej granicy z Jarosławia do Lublina
 
 
 

Zbliżała się rocznica powstania RetroMTB.pl Jak inaczej mógłbym „uczcić” nasze małe święto, jak nie spędzając go na rowerze?

Postanowiłem zabrać swojego pierwszego retro-bika, od którego cała przygoda się zaczęła i udać się z nim w rejon, gdzie czas stanął w miejscu jakieś 30 lat temu – nad wschodnią granicę Polski.

Wyjazd już od początku obfitował w przygody – kapeć w drodze na pociąg, kombinowany dojazd na dworzec, błędna informacja w okienku kierująca mnie do wagonu I klasy i serwis w „ekskluzywnym” przedziale zapowiadały ciekawy ciąg dalszy.

Z Jarosławia kieruję się prosto do Lubaczowa. Odpuszczam sobie wizytę na ładnym, Jarosławskim ryneczku, który znam z poprzedniej wizyty, z żalem także mijam znajome odnogi prowadzące lasami równolegle do głównej szosy. Priorytetem dziś dla mnie jest jak najszybsze dotarcie do Horyńca, skąd ma zacząć się właściwa część wyjazdu. Mijam Lubaczów, ruch maleje, nawierzchnia staje się bardziej mokra, a na poboczach widać całkiem pokaźne zaspy. Za Horyńcem przydrożne zaspy zamieniają się w całe pola pokryte śniegiem. Docieram do Werchraty. Mogę już teraz odbić na północ wariantem asfaltowym, bądź dojechać do granicy, skąd szutrowa droga doprowadzi mnie wzdłuż linii kolejowej do Siedlisk w okolicy Hrebennego. Znudzony asfaltami wybieram oczywiście wariant drugi. Już w drodze do wsi Prusie leżącej przy samej granicy asfalt pokryty jest śniegiem. W środku wsi asfalt urywa się, do ostatnich domów doprowadza mnie droga gruntowa, na której rozmiękły śnieg przeplata się z głębokimi kałużami. Jedzie się ciężko... Za ostatnim domem powinna odbijać wspomniana droga szutrowa – widać tam jednak tylko dwie głębokie koleiny wygniecione przez auto terenowe. W gospodarstwie upewniam się że to właśnie „moja” droga. Gospodarz stwierdza jednocześnie że przedostać się do Siedlisk raczej będzie ciężko. Jeździły tu do tej pory zimą jedynie ciągniki i terenówki...Jak to? Ja nie dam rady? Na odchodne słyszę jeszcze, że w lesie będzie gorzej... Dam radę mimo to!
Jest faktycznie ciężko... O jeździe poza niewielkimi fragmentami w zasadzie nie ma mowy, w miękkim śniegu i głębokich koleinach trudno nawet jest przepchać objuczony rower. Jakby tego było mało, niebo zaczyna ronić łzy nad losem strudzonego turysty.... Z czasem jednak docieram do Siedlisk. Wita mnie grząska i dziurawa droga gruntowa, która po kilku kilometrach zamienia się w asfalt. Kiedy łapię go - wdaje się - na dobre, niebo także przestaje płakać. Dojeżdżam do wsi Kornie. Lokalna droga mająca być asfaltową okazuje się bardzo dziurawym po nim wspomnieniem Jest grząsko, kałuże ciężko omijać, a w zalegającej mazi czają się pozostałości nawierzchni mogące łatwo uszkodzić koło. Jedzie się mozolnie. Kiedy docieram do asfaltu połykam jeszcze kilka kilometrów Dawno nie pamiętam, abym tak ucieszył się na widok gładkiej nawierzchni. W okolicy wsi Dyniska zakładam biwak. Zapada zmrok, temperatura idzie w dół, a ja muszę jeszcze rozgrzać zmoczone i zziębnięte stopy. Noc zapowiada się ciężka...

Rano nie mogę zmusić się do wyjścia ze śpiwora – gotuję leżąc w nim, jem, pakuję sakwy... Pierwsze kilometry pokonuję grubo ubrany – włożenie wilgotnych butów od razu wyssało ze mnie całe ciepło zmagazynowane przez noc Na szczęście słonko świeci dość raźno więc rozgrzewam się szybko.
Moja trasa wiedzie jak najbliżej granicy. Mijam rozmaite wioski będące swego rodzaju wehikułem czasu. Tam nie tylko ja z kolorowymi tobołkami wyglądam egzotycznie, nawet sklep z odnowioną murowaną fasadą i kolorowym szyldem nie pasuje do krajobrazu.... Czas wydaje się tu płynąć niewspółmiernie wolno w stosunku do codzienności, do której przywykłem. Wszystko dzieje się jakby na zwolnionych obrotach – gospodarze mają czas przystanąć i pogawędzić, wiekowy Autosan mozolnie i bez pośpiechu wtacza się na wzniesienie, nawet moje nogi kręcą się jakby wolniej.... Tylko kilometrów ubywa w tym tempie co zwykle.
We wsi Hulcze zbaczam do pobliskiego Dłużniowa Jak się okazuje jest to bardzo klimatyczna wioska, z bardzo ładnym kościołem – warto nadłożyć te kilka kilometrów by tam dotrzeć.
Następny charakterystyczny punkt wyjazdu to Dłohobyczów. Tu widać że coś się dzieje – remontowane są drogi i cerkiew, są podobno także plany odrestaurowania pałacyku będącego już w rękach prywatnych Szkoda tylko, że na teren parku przypałacowego wciśnięto kiedyś bloki popadające obecnie w ruinę...
Kilka kilometrów na północ od Dłohobyczowa położona jest wieś Gołębie. Jest to o tyle ważny punkt na trasie, że tu właśnie Bug dociera do Polskich ziem, by przez następne kilkaset kilometrów stanowić naturalną granicę państwa. Od tej chwili aż do końca dnia moją uwagę przykuwać będą głównie malownicze rozlewiska, tym większe, że wody rzeki zasila także sukcesywnie topniejący śnieg. Z miejsc wartych osobnego wspomnienia w tym dniu należy wymienić Kryłów z ruinami zamku (niestety dostęp do ruin nie był możliwy ze względu na zalaną drogę) i Dubienkę (miasteczko sprawia wrażenie bardzo zadbanego i schludnego Warta zobaczenia jest remontowana obecnie cerkiew). Daje się także zauważyć jeszcze jedna prawidłowość: na północ od Dłohobyczowa „przepaść” w realiach nie jest już tak duża, od Hrubieszowa zaczynają pojawiać się sporadycznie kwatery noclegowe, a okolice Dubienki i Strzeleckiego parku Krajobrazowego obfitują w domki letniskowe i dacze.
Biwak zakładam tuż przed Dorohuskiem Po chłodnym acz słonecznym dniu, będącym w dodatku esencją tego po co tu przyjechałem czeka mnie kolejna chłodna noc w namiocie.

Rankiem budzę się ze świadomością, że dzisiejszy dzień to w zasadzie tylko dojazdówka, powrót do domu Czeka mnie lekko ponad 100km główną krajową drogą, jak się w dodatku okazuje cały czas pod wiatr. Na szczęście pobocze jest szerokie, a jako że jest to sobota, ruch niewielki Na pewno dałoby się wybrać bez dużego nadkładania kilometrów warianty alternatywne, prowadzące jakimiś lokalnymi drogami, nie chcę jednak ryzykować czasowej obsuwy Jedyny bezpośredni pociąg do Krakowa odjeżdża z Lublina o 16:15 i chcę na niego zdążyć. Po drodze robię krótką przerwę w Chełmie, zwiedzam Stare Miasto i Chełmską Górę. Na wyjeździe z miasta łapię „kapcia”, po naprawie już bez przygód docieram do Lublina.

Na zakończenie dodam tylko, że żadne słowa, opisy ani zdjęcia nie są w stanie oddać niesamowitego klimatu tamtego rejonu. Ciekawym polecam po prostu tam pojechać i wczuć się w otaczającą rzeczywistość Tym bardziej, że z każdym dniem dysproporcja będzie się stawać coraz mniejsza

Trochę statystyk:

18.03
dystans – 116.88km
czas jazdy – 6:19:38h
średnia prędkość – 18.47km/h

19.03
dystans – 137.60km
czas jazdy – 6:29:41h
średnia prędkość – 21.18km/h

20.03
dystans – 118.46km
czas jazdy – 6:04:13h
średnia prędkość – 19.52km/h

Skolioza

 
 
 
 
foto: archiwum Skoliozy
Design & Copyright by
All Rights Reserved